niedziela, 17 października 2010

W drodze...rishikesh-hardiwar(1godz)hardiwar-chandigarh(9g),chandigarh-kalka(1godz), kalka-shimla(6godz), jutro prawdopodopodobnie do Manali(11g)

poniedziałek, 11 października 2010

Rishikesh 10.10.10


Dzwieki sitara niczym przyplywy i odplywy fal oceanu swiadomosci.
Przy akompaniamencie tabli piekna hinduska gra i spiewa starozytná rage.
W tle tampura box...Kiedy piesniarka konczy swa opowiesc muzycy prosza o zgaszenie swiatel i wsluchanie sie w melodie wygrywana na indyjskim flecie bansuri.
Na nutach wygrywanych z bansuri resztki zwatpienia odlatuja w gwiezdziste niebo niczym dary ofiarowywane starozytnym bogom. U podnoza himalajow muzyk wygrywa melodie i unosi oczarowanych sluchaczy jak na latajácym dywanie jazni, dolinami skapanymi swietym Gangesem. Jestesmy najpierw samotni i oderwani od Domu niczym grajacy flet, teskniacy za rodzinnymi stronami. W muzycznym uniesieniu nagle rozpoznajemy sié nawzajem. Zamglone lustro zostalo oczyszczone bezdzwiekiem rodzacym dzwieki naszych osobowosci, uwarunkowan, roznic. Muzyka ustaje i w ciszy przypominamy sobie Ducha bez zawartosci a jakze odzianego w dostojnosc. Spokoj bez monotonni, skarb bez ceny...

niedziela, 10 października 2010

New Delhi-Hardiwar-Rishikesh


Opuscilismy New Delhi w czwartek pociágiem do Hardiwar o 3.20pm. Mamy nadziejé, ze nie szybko tu wrócimy. Kupilismy bilety na drugá klase dzien wczesniej w oficjalnym
biurze turytycznym na piétrze dworca, do którego wpadalismy aby okazyjnie sié ochlodzic. Na tym samym pietrzé znajduje sié równiez "refreshemnts room" gdzie za 22rs czyli 30 pensów mozna zjesc bardzo smaczne thali. Thali to zestaw kilku potraw min dhalu(potrawa z soczewicy), cos w stylu warzywnego curry, ryz, cziapati,
odrobina marynowanych warzyw w kolorze czerwonym(zapewne chilli sádzác po ostrosci) i odrobina jogurtu, którego nie jedlismy, nie chcác ryzykowac kontaktu z zimnym produktem mlecznym niewiadomego pochodzenia. Sama knajpa dworcowa wygládala okrutnie
brzydko, brudna z grzybami na scianach i suficie. Okna pokryte syfem sprzed 50 lat ale...jedzenie pyszne i tanie. Za ten sam zestaw placilismy 220rs kolo hotelu, w budzie nie wiele czystszej od tej dworcowej.
Gdy trafilismy na tá dworcowaá stolówké pierwszy raz poznalismy tam bardzo sympatycznego czleka o europejskich rysach, który jak sié okazalo zyje w Indiach od 4 lat. Gdyby nie jasna karnacja nie mozna byloby go rozpoznac jako "zachodniaka".
Siedzial przy stole w brudnych ubraniach w turbanie na glowie. Oczy niczym dwa jeziora usmiechaly sié cieplo do kazdego.
Do tego dlugie wlosy i broda spiéta w malá kulke. Po krótkiej rozmowie okazalo sié, ze pochodzi ze Szwajcarii jednak to w Indiach na ten czas jest jego dom. Pieniádze zarobione w Szwajcarii w ciágu 3 miesiécy wystarczajá mu na 3 lata w Indiach
ale nie ukrywal, ze zyje bardzo skromnie. Zadko porusza sié pociágami choc duzo podrózuje. W przyszlym tygodniu czeka na niego samolot do Tajlandii, jednak stwierdzil, ze chyba pojedzie do Varanasi na swieto Divali a Tajlandie sobie przelozy na inny czas. Zrobilem mu kilka zdjéc i pozegnalismy sié. Spotkanie Bruno bo tka mial na imié bylo chyba najsympatyczniejszá chwilá w New Delhi. Spokój i dzieciéca niewinnosc jaka od niego bila byla równie bezcenna jak kropla zimnej wody w tym piekielnym zaduchu. Gdziekolwiek jestes Bruno: Namaste!

Po 5 godzinnej podrózy pociágiem w kierunku pólnocnym poczulismy ulgé i powiew swiezszego powietrza. Sama jazda byla dosyc méczáca. Bycie zamrozonym w jednej pozycji przez kilka godzin w wagonie pelnym halasu to srednia przyjemnosc ale kiedy
dojechalismy do dworca w Hardiwar czuc bylo nieco nizszá temperature i lekkosc powietrza. Samo miasteczko duz czystsze i mniej szalone w porównaniu ze stolicá. Hardiwar dla hindusów jest tym czym Jerozolima dla Chrzescijan. Glówna droga przebiega równolegle do swietej rzeki Ganges. Mnóstwo tu swiátyn, których nie obejrzelismy zbyt zmeczenie podrozá. Razem z dwójká backpakersów, których poznalismy w pociágu ruszylismy w poszukiwaniu hotelu. Trzeba jeszcze dodac, ze nie brakuje
tu rikszarzy, którzy bardzo bezposrednio oferujá swoje uslugi, moze nie tak natretnie jak w New Delhi ale nadal dosc konsekwentnie.
Nauczylismy sié, ze najlepiej ich kompletnie ignorowac i absolutnie nie nawiázywac kontaktu wzrokowego. Kiedy zwrócisz na jednego uwage-ten bedzie za tobá szedl nastépne 200 metrów opowiadajác niestworzone historie.
Dosc szybko znalezlismy pokój za 300rs w bardzo kiepskim stanie ale...bylo lózko! Kibel przypominal opuszczone pomieszczenie szpitalne z drugiej wojny swiatowej. Zimna woda ciekla dwoma malymi strumyczkami przez zardzewialy przysznic. Popékane sciany z grzybami w kiblu i pokoju za to zdjecia Osho na korytazach kazdego piétra z napisem jakze trafnym: Meditation is the only way! Otwieram butelke ginu i pije twoje zdrówko Sri Rajnesh...


Piátek 8go pazdziernika, dzien 5ty naszej podrózy i 4 dzien w Indiach. Wstajemy w poludnie, po prysznicu w "celi smierci" idziemy na sniadanko po drugiej stronie drogi. Tutaj thali serwujá za 50rs z tym, ze 6 hindusów podchodzi do ciebie co minute i oferuje dokladke. Jedzenie wysmienite lácznie ze slodkimi ciasteczkami. W takich chwilach chcialoby sié miec nieograniczoná pojemnosc zoládka. Nasi gospodarze, którzy ciágle podchodzá oferujác dokladke czujá sié zawiedzeni tym jak szybko sié najadlem. Muszé jeszcze napisac, ze standar tej knajpki bardzo wysoki, znaczy prosto ale bardzo czysto! Po sniadanio-obiedzie ruszamy w poszukiwaniu autobusu do Rishikeshu. Mozna wziásc riksze za 400rs albo busa za 22rs.
Postanowilismy spróbowac busa i po 10 min juz bylismy w drodze autobusem pelnym...tubylców. Jazda byla o wiele ciekawsza(moze to swieze powietrze?)
od tej pociágiem. Kierowca dzielnie omijal krowy wypoczywajáce na srodku drogi i w ciágu jakichs 45 min bylismy na miejscu.
Z dworca przejela nas riksza i za 80rs dojechalismy w okolice drugiego mostu(Lakshman Yhuta) gdzie znalezlismy pokój za 400rs za dobe w Green Hills Cottage z piéknym widokiem na owe zielona wzgórza.
Siedze wlasnie na balkonie zerkajác na tá spokojná okolice spisujác dotychczasowá podróz. Adas polozyl sié na drzemké...
Jak uprzedzali znajomi, podrózowanie po Indiach wymaga regularnych przerw na odpoczynek. Jakby nie bylo jest to spora zmiana dla organizmu przeniesc sié w kilka godzin z jesiennego Londynu do Indyjskich tropików. Shanti shanti.

środa, 6 października 2010

Dzien drugi w New Delhi.

Syf, smród, obrzydzenie, rozpacz, szok, wspólczucie czyli dzien drugi w New Delhi:) Szczena opada na widok codziennosci w tym ekstremalnym miescie. Ulice przypominajá wykopaliska, wokól syf w którym bawiá sie dzieci, na srodku drogi i na dachu cos co przypomina samchód spiá psy. Wokól niekonczácy sié halas klaksonów, z których i tak nikt sobie nic nie robi. Mozliwe, ze klakson dobiegajácy z samochodów, zmasakrowanych autobusów, tysiecy riksz zmotoryzowanych oraz tych napédzanych wychudzonym hindusem to tylko sygnal pozdrowienia, zaalarmowania "jade!" albo moze "napilbym sié czaj"? Jakkolwiek chaos na drogach glównych, mniejszych ulicacach i wáskich alejkach jest niemozliwy do ogarniecia przez zachodni umysl. Zero sygnalizacji swietlnej, pasów, znaków drogowych tylko klakson i prawo dzungli. Do tego dochodzi zaduch jak w szklarni i smród, który przeobraza sie z kazdym krokiem...Narazie pelni optymizmu odbieramy to wszystko jako specyficzná atrakcje turystyczná, niemniej w srodku czuc przerazenie hehe. W pewnym momencie wchodzimy do budynku wygládajácym jak brazylisjka favela(budynek jak kazdy inny inny wokól), w której jest przyzwoita restauracja z klimatyzacjá i policjantem przy drzwiach. W srodku inny swiat-smród zniknál razem z 35 st C ukropem(gorác nie pochodzi bezposrednio ze slonca, które wisi na niebie niczym pomaranczowy Mars, przysloniéty smogiem 13 milionowej metropolii). W srodku restauracji, hotelu, mcdonalda, czy metra nagle widac dookola poraz pierwszy pracujácá klase sredniá, której jakos nie dalo sié zauwazyc po miedzy setkami brudnych, kalekich, naciágajácych, spiácych po kátach i innych mieszkanców stolicy. Kazdy z kim rozmawialem o Delhi radzil, zeby uciekac z miasta najlepiej tego samego dnia a ja sié smialem, ze obruce cokowliek zastane w serie fotoreportarzu jednak rzeczywistosc(a moze tylko zly sen?) okazala sié powalajáca. Ciesze sié, ze jutro opuszczamy tá okolice. Zeby bylo jasne-mieszkamy w centrum, które conajmniej mozna nazwac "gypsy part of town". Jutro po poludnio ruszamy do Rishikeshu aby zaczerpnác swiezego powietrza nad swiétá rzeká Ganges u podnózy Himalajów. Om Shanti shanti om ;p

wtorek, 5 października 2010

Indie. Dzien pierwszy.


Smród, zaduch, uderzenie goracego powietrza-moje pierwsze odczucia po wyjsciu z lotniska Indira Gandhi International Airport w New Delhi. Samo lotnisko takie samo jak kazde, ktore widzielismy podrózujác po Europie. Wyládowalismy okolo 3.30am lecác z Londynu do Doha(stolica Qatar). Juz w Doha wyraznie bylo czuc gorác i zapach pustyni. Tutaj w Delhi uderza mnie ten gorác pachnácy brudem(porównalbym tá won to agnihotry palonej w saunie z dodatkiem smieci w piramidce-wiem,ze kiepski przyklad bo malo kto wie co to agnihotra a lepszego porównania nie wymysle). Generalnie to mocna egzotyka, zakrapiana mentalnosciá nastawioná na obrobienie turysty. Jestesmy w Indiach od jakichs 15 godzin i próbowalo nas naciágnác 8 osób. Biorác pod uwage, ze przespalismy 9 godzin z tych 15 to daje to ciekawy wynik. Na pierwszy rzut okiem kazdy jest zyczliwy i chce pomóc(sobie). Taksówkarz przekonal nas, ze hotel do którego jedziemy jest pelny wiec zabierze nas do "Informacji Turystycznej" w celu znalezienia noclegu. Sama "Informacja Turystyczna" okazala sié agencjá turystyczna, która chciala nas przekonac do natychmiastowego wylotu w Kashmir, oczywiscie z ich pomocá. Po jakiejs godzinie zapoznawania sie przy kubeczku lokalnej herbaty zwanej czaj zorientowalismy sie, ze oni noclegu nam nie zalatwiá wiec wyszlismy. Ku naszemu zdumieniu taksiarz dalej czekal(gdybysmy kupili wycieczke do Kashmiru dostalby swojá prowizje za przywiezienie nas do "informacji turyst."). Jako, ze nadal szukalismy noclegu obiecal nas zabrac do "sprawdzonego miejsca". My na to "ok" i bawimy sie dalej...Kierowca zawiózl nas do hotelu, w którym zawolali sobie 1300 rupi, co prawda pokój full wypas z klimá, wielkim lózkiem, europejskim kiblem, tv, lodówká i balkonem z ladnym widokiem ale wczesniej poinformowani, ze za osobe powinno byc kolo 350 r odmówilismy recepcjoniscie czekajác na jego ruch. Pan hotelowy spytal ile chcemy zaplacic i stanelo na 1000r z czego bylismy bardzo zadowoleni. Posmutnial tylko taksiarz, dla którego te 300r mialo isc jako prowizji. Kiedy juz rozlozylismy sie z gratami w pokoju dostalismy telefon, zeby zejsc znowu do recepcji. Tam czekal nasz kierowca z nowá propozycjá na hotel(z którego móglby dostac prowizje). Zdezorientowani tym co sié dzieje zwrócilismy sie do repcjonisty o rade na co on spytal: pierwszy raz w tutaj? -tak! na co wszyscy na recepcji sié zasmiali: Welcome in India!
Dzis wieczorem postanowilismy znalezc knajpe i niestety popelnilismy blád pytajác sie pracownika hotelu. Ten zaprowadzil nas do "znajomego", który nam cos poleci i nawet da mape. Jak sié latwo domyslic znowu wyládowalismy w agencji turystycznej, w której sympatyczny czlek próbowal nam sprzedac zorganizowaná wycieczke "w góry". Przed i po tym jak znalezlismy fajny lokal spotkalismy kilku innych "zyczliwych". W sumie sá w tych swoich wkrétach dosc przewidywalni wiéc latwo wykminic kiedy zaczyna sie wkrét. Narazie jest to dosc zabawne, taka turystyczna atrakcja. My sami jestesmy egzotyká dla tutejszych, którzy nam sie przygládajá z zaciekawieniem...
Jutro uderzamy na miejskie zabytki, jakis szoping lokalnych ciuchów choc najchétniej przy tym zaduchu chodzilbym nago ale to raczej nie przejdzie. Dajemy sobie tydzien na psychofizyczne dostrojenie. Pomoze pewnie moja lekcja na dzisiaj z Kursu Cudów: "uwalniam swiat od wszystkiego tego czym myslalem, ze jest"

niedziela, 3 października 2010