środa, 3 listopada 2010

Free Tibet

Zdjécia

Kiedy wrócimy do Londka to zajmé sié porzádna edycja zdjéc-powstanie album, który bédzie dryfowal w cyberswiecie. Póki co wrzucam sredniej jakosc fotki na fejsbuka, jesli ktos ma ochote luknác prosze o dodanie mnie do grona swoich ziomali: Slawomir Latko LaMir

Manali, gdzie trawa rosnie wysoko...

Jedná z atrakcji w Vashisht sá zródla termalne (hot spring).Dwa baseny z taká gorácá wodá znajdujá sié w swiátyni(jeden dla kobiet i jeden dla mézczyzn) oraz trzeci w strefie publicznej. Wszystkie 3 sá otwierane kolo 4 rano i zamykane kolo 11 wieczór. Niemal codziennie rano calá bandá przychodzilismy do kompleksu swiatynnego o 5am na poranne kápiele i sesje oddechowe prowadzone przez Rinpoche. Rewelacyjnie jest wstac tak wczesnie gdy na zewnátrz jest jeszcze ciemno i dosc zimno(temp okolo 0st C). Jako, ze wiekszosc czesc grupy mieszkala w Bodh Guest House, nawzajem wywlekalismy sié z lózek o tej bestialskiej porze. Wstac bylo trudno wiekszosci z nas ale jak tylko weszlismy do niemal wrzácej wody, spogládajác w gwiezdziste niebo zapewne kazdy z nas chyba czul magie te chwili...a kiedy doláczal do nas Lama Gelek w drugim basenie poza swiátyniá te zaczarowane chwile rozciágaly sié w nieskonczonosc przy dzwiekach Vajra Guru mantry spiewanych przez mnicha.
Lame Gelek polubielismy od pierwszego spotkania w Rainbow Cafe. Jego wielki umsiech, tak serdeczny i szczery nie da sie zignorowac. Za kazdym razem gdy go spotykalismy, zagadywal i smial sie sprawiajác wrazenie, ze znamy sie cale lata. Jak wkrótce sié okazalo Lama przeszdl wieloletni trening w Tybecie studiujác 15 lat filozofie, wiele technik medytacyjnych plus 6 letni etap zaawansowanej medytacji( na 6 lat mnich siedzi w medytacji z przerwami na posilek i toalete, jak mówil Lama: "pierwszy rok myslalem, ze umre, i na przestrzeni nastepnych kilku lat rzeczywiscie umarlem."). Jaki mówi Rinpoche, który z nim nieustannie podrozuje od 2 lat: "lama ego umarlo podczas tej zaawansowanej techniki, na którá sa gotowi nieliczni. Tylko najwytrwalsi mnisi sá do niej dopuszczani...Sama historia poznania sie Rinpoche(ze Szwecji) z Lama Gelek jest jak z basni. Rinpoche Nils( Tulku Yeshe Trogyal) studiujácy buddyzm od 15tego roku zycia bédác dwa lata temu w New Delhi zostal zaczepiony na ulicy przez tego starszego Tybetanczyka, który twierdzil, ze przyjechal go odnalezc. Lamie snila sié jego twarz wielokrotnie i zostal intuicyjnie pokierowany do New Delhi aby go odszukac. Kiedy Nils go zobaczyl odrazu poczul znajomá energie i tak starzi znajomi z poprzednich wcielen odnalezli sié po wielu latach. Od tego dnia sá nierozláczni.
Wracajác do naszych "magicznych chwil" w Manali niesposób niewspomniec wypadów autostopem do Solang w przepiekná scenerie niczym z "Wladcy Pierscienia". Autostop w Chimachal Pradesh okazal sié najciekawszym sposobem podrózowania. Pierwszy pojazd z wolnym miejscem zatrzymuje sié i bierze nasza paczke na przejazdzke tygodnia. Zalapalismy sie na tyl pick upa, który zasuwal dokladnie w naszá zaplanowaná lokalizacje-dolina Solang. Rob, Charles, Antonio(z Kanady) Afie, Adam i ja surfowalismy na pace krzyczác za Robem "jai sri sat guru maharadz ki?- jai!!!" co wzbudzalo zainteresowanie mijanych tubylców. W dolinie Solang, czesc brygady rzucila sie na skaly aby wypróbowac swe pajécze umiejétnosci. Zeby uaktywnic moce Spidermana obowiazkowo charas! Jak stwierdzil Antonio palenie haszu sprawia, ze cala uwaga i nieuswiadomione moce skupiajá sié na tym jednym momencie. Rzeczywiscie palenie tutejszego haszyszu w malych dawkach relaksuje cialo, wycisza malpi umysl i wyostrza uwage. Któregos dnia po obsciskiwaniu glazów(ja z Kotem glównie obsciskiwalismy aparaty fotograficzne) wybralismy sié do swiátyni Shivy! Wyobrazcie sobie oltarz u podnóza wysokiego, aczkolwiek malego wodospadu. Jego woda uderza na lingam otoczony joni, które symbolizujá min. méskie i zenskie narzady plciowe. Aby sié dostac do tego oltarza i otrzymac swiety prysznic idzie sie boso wysokimi schodami, które sá pokryte sniegiem i lodem: auuuuuu... U podnoza schodów do oltarza kilka jaskin jest zaaranzowana na jednopokojowe mieszkanka Bab(sadhus),którzy opiekujá sie swiatyniá. Tam tez udalsimy sié nieco odmarznieci na rozgrzewajácy kubek od Baby. Napój przypominal slodka zupe mleczná z ryzem na spodzie. Bardzo smaczne bo bardzo cieple! Jak tylko Baba upewnil sie, ze kazdy sie nasycil poprosil pomocnika o przyniesienie "récznego pianina"(nie znam nazwy tego instrumentu ale nazwalem go recznym pianienem bo trzeba machac tylem intrumentu zeby gralo-popularny instrument wsród wielbicieli Kriszny). Baba zagral kilka kawalków, wréczajác nam wczesniej faje i zdrowá dawke charas co bysmy sié lepiej wczuli w klimat swiátyni. "Réczne pianino" szybko przejál Rob, grajác i spiewajác stare sankskryckie numery podczas gdy fajka pokoju krazyla wokól sluchaczy...co tu duzo mówic, przez nastepne kilka godzin tylko "haszysz, baby i spiew". Rob tak sie rozkrécil,ze nie mógl przestac spiewac(wogóle nie palil tym razem) i nie wiedzielsimy jak mu powiedziec, ze slonce chyli sie ku zachodowi a przed nami dluga droga w dol doliny i dalej godzina autostopem. Rob stwierdzil, ze zostaje kiedy Baba zaczal go uczyc innych górolskich nut. My ruszylismy wolnym krokiem w dól(szybkim krokiem na zlodowacialych schodach po tylu dawkach mocy raczej ciezko) i bédác w polowie drogi nagle cos mignelo nam kolo uszu: to Rob pédziwiatr zasuwal na niebianskich dopalaczach, przeskakujác wszystko i wszystkich jak ta lania gnajaca przez urodzajne láki..Bylo slychac tylko gwizd i zlowieszczy rechot Rob'a krzyczacego za siebie: ostatni béda pierwszymi! Ja z Kotem wrzucilismy 5 bieg jak tylko skonczyl sie lód i wyminelismy Robercika, który obsciskiwal jedno ze swoich ulubionych drzew. Reszta ekipy z tylu mówi cos o ostatnim wspinaniu na co my zegnamy sié szukajac drogi w strone Manali. Szybko zabieramy sie na pake malej ciezarówki i wracamy do Vashisht razme z grupá robotników-wspólpasazerów.
Kilka dni pózniej zebralismy nasze manele, zaplacilismy za pokój;oczywiscie okazalo sié, ze trzeba doliczyc podatek, o którym wczesniej nie bylo mowy i kase za papier toaletowy, który naiwnie wliczylismy w koszt pokoju. Jesli bédziecie kiedykolwiek w Indiach polecam wczesniej dokladnie sie umówic aby nie pasc ofiará podatku "jelenia"itp.
Do Dharamsali postanowilismy jechac stopem zachéceni dotychczaswymi doswiadczeniami. Okazalo sié poraz kolejny, ze ten sposób podrózowania jest najlepszy z kilku powodów:
1.poznajesz lokalnych ludzi
2.szybciej niz bus
3.wygodniej niz bus-wole siedziec z tylu na pace niz w sciskac sie w zatloczonym autobusie
4.niskie koszta- okolo 0 rupi..i bez podaktu jelenia(jak na razie)

Zamiast wystawiac kciuk lepiej jest klepac po glowie niewidzialnego psa, jesli chcesz dac hindusom do zrozumienia, ze potrzebujesz LIFT(nie wiedzá co to hitchhike czy autostop).

Widoki po drodze do Mandi byly powalajáce: gigantyczne przepascie, wielkie rzeki, góry(niektóre pokryte sniegiem, inne dzunglá)i wodospady. Czulem sie jak Indiana Jones w filmowej opowiesci! Do Mandi(miasto w polowie drogi) nie mielismy zadych problemów z lapaniem okazji. Pierwszy pojazd z wolnym mijescem zabieral nas przed siebie. Niestety z Manali wyjechalismy dopiero w poludnie(dlugie pozegnania) i w Mundi bylismy tuz przed zachodem slonca. Do tego kazdy przejezdzajácy hindus dawal nam do zrozumienia, ze jedzie tylko "za róg". Podjechal autobus...i wsiedlismy:( Zatloczony bus wlókl sie 4 godziny do Dharamsali i dojechalismy po 9pm. Malo kto wie, ze Dalaj Lama nie rezyduje tutaj lecz w malej miejscowosci 8km od Dharams. o nazwie McLundganj. Tam dojechalismy taksówka i uderzylismy do kafejki "Carpe Diem", gdzie czekaly na nas Ebba i Driva. Dziewczyny wyjechaly busem z Manali o 9.30 rano tego samego dnia. Przed nami dojechal tu równiez Rinpoche z Lamá, z którymi przyszlo nam sásiadywac w tym samym hotelu.
Mielismy w planach zapisac sié tutaj na jakis kurs buddyjskich ale skoro Rinpoche Nils-chodzáca encyklopedia buddyzmu i swietlisty Lama mieszkajá tuz obok...Do tego zajeciá z Nilsem czésto odbywaja sié przy piwie i na wesolo! Tak nasza przyjazn z nimi i wiedza o buddyzmie zaczela sié poglebiac...

czwartek, 28 października 2010

Manali-Vashisht

Spédzilismy tydzien czasu w miejscowosci górksiej Manali, a wlasciwie w wiosce, która do niej przynalezy- Vashisht. Tutejszá okolice mozna podzielic na trzy glówne miejsca-dzielnice: centralne Manali(bary, restauracje, dworzec autobusowy, hotele), Old Manali(zabytkowa czesc miasta w odleglosci okolo 8 km od glównego Manali) i Vashisht gdzie zjezdzajá sie backpakersi, hipisi, i wszelkiej masci podróznicy szukajacy charasowego klimatu. Charas to tutejsza odmiana haszyszu, nielegalnego a jednak wszechobecnego. Charas(czyt. czaras) palá tu mlodzi i starzy; swieci i swieccy. Szukajác pokoju na wstépie slyszysz, jakie uzywki gospodarz ma do zaoferowania(najpopularniejszy jest hasz, ganja i opium). Szybko dowiedzielismy sie, ze najlepiej kupowac od Baby-swietego méza, który mieszka w górach i schodzi do wioski tylko aby odwiedzic swiatynie. Takich Bab jest tu sporo i latwo ich rozpoznac po glebokim spojrzeniu i skromnej szacie w kolorze ochry typowym rowniez dla swamich. Nie posiadaja oni zadnych dóbr materialnych poza prostym ciuchem, miská zebraczá i kijkiem. Wielu takich sadhu zyje w wysokich Himalajach, medytujac latami w jaskiniach i schodzá tylko raz na kilka lat kiedy jest jakies wielkie swieto.
W Vashisht spotaklismy równiez Tybetanskiego Lame i towarzyszácemu mu Rinpoche ze Szwecji. Szybko sie zakumplowalismy i poznalismy innych ludzi z naszego Bodh Guest House. Wysmienita mieszanka charakterów: Ebba(córka Rinpoche), Driva(mloda szwedka studiujáca tu buddyzm), Charles( Anglik z urodzenia dorastal w róznych stronach Europy), Adam (ze Szwecji, w Indiach poraz czwarty-tubylec, który przypomina mi bardzo mlodego Osho stád nadalem mu nowa ksywke: Rajnesz), Alfie(ten mlodziak przytargany z Riszikeszu) i Rob- najbardziej niesamowity czlek jakiego do tej pory spotkalem(moze oprócz Lamy). Rob to 27letni amerykanin z Pólnocnej Karoliny, który zjechal polowe swiata dzialajác duzo róznych dziwactw. W Indiach poraz n-ty, przylecial glównie po wspinaczke. Nie wiem jak go opisac, zeby choc troche przyblizyc jego dziko-pokojowá nature...czlowiek zywiol a jednoczesnie pelen spokoju. Ciágle mierzácy sié z naturá. Skrzyzowanie wojownika Castanedy z DalajLamá haha. Z wygladu przypomina Jezusa z "Pasji"-zrobilem mu mnóstwo zdjec w kilku z posród jego niezliczonych wcielen... cdn

ogloszenia parafialne

Dojechalismy do McLound Ganj, gdzie przebywa Dalaj Lama. Ulice pelne buddyjskich mnichów i Tybetanczyków(wiekszosc przybyla pieszo setki kilometrów przez Himalaje). Zostaniemy tu na jakis czas, wiec wkrótce opisze co dzialo sié w magicznym Manali i droge autostopem przez Chimachal Pradesh. Pozdrowienia! Hari Om:)

czwartek, 21 października 2010

Chandigardh-Kalka-Shimla

Chandigardh-pierwsze miasto z sygnalizacja swietlna na drodze.


W drodze do Chandigardh poznalismy Mohita, który podrózowal z kumplem do tego samego miasta co my. Kiedy na dworcu rzucila sie na nas banda taksiarzy, chlopaki z busa pomogli nam sié od nich uwolnic i wzieli nas do siebie w gosci. I tak znalezlismy sié w jednopokojowym mieszkanku w 6 osob plus koledzy kolegów. Fajnie spedzic noc z tubylcami i zobaczyc realia zyciowe studentów w Indiach. Jeden niewielki pokój z malá scianká wydzielajácá cos co przypominalo kuchenke. Kuchenke bez wody, gazu czy stolu...ale jest. W rogu pokoju materac zaznaczal miejsce spoczynku, pelniác równiez fukcje sofy i stolu. Szafka i kilka wiszácych pólek, na których byly ksiázki i kosmetyki. Podloga kamienna i dosc zimna podkreslala surowosc tego miejsca. Kiedy chlopcy przyniesli jedzenie i piwo zasiedlismy do kolacji zakrapianej równiez ginem, który taszczylismy ze sobá jeszcze z lotniska. "Spróbujcie z sokiem", radzilismy ale tutejsci pijá gin z wodá! Podczas kolacji rozmawialismy o zyciu naszych rówiesników i nie latwo bylo slyszec, w jakich okolicznosciach tutejsi dorastajá. Jakoze Indie maja masakryczne przeludnienie w kazdej dziedzinie zycia, np na 300 wolnych miejsc na uniwersytecie przypada 300 000 kandydatów. Cisnienie jak latwo sie domyslic jest bardzo wysokie. I tak okazalo sié, ze jeden z naszych kompanów studiuje animacje(3D studio max), program na tyle trudny, ze w UK dlatych którzy go znajá czeka wysoko platna praca. Tutaj w Indiach mozesz go znac i nadal mieszkac w warunkach bardzo bardzo skromnych. Kiedy Kot pyta dlaczego nie przylecá do Londynu, w od powiedzi na twarzach naszych gospodarzy pojawia sié zdziwienie i niedowierzanie: "koszt takiego wyjazdu, wlácznie z zalatwieniem wizy przekracza nasze mozliwosci finansowe". Pomimo razácej biedy chlopaki ciágle sié smiejá i patrzá na nas troche jak na kosmitów, którzy niespodziewanie wyládowali w ogródku. Zarty i chichoty sá przerywane czéstymi wizytami pani landlord, która niezyczy sobie halasów. Piékny wieczór czas konczyc bo jutro rano czas nam ruszyc dalej w droge...Piekny wieczór pelen szczerych usmiechów i serdecznosci. Nie da sié ukryc, ze bogactwo ich dobroci przewyzsza nasze zachodnie. Nasza cywilizacja zachodu cierpi biede duchowá, zanik organu bycia czlowiekiem, w tym sensie wiele mamy sié od siebie do nauczenia. Rankiem gdy chcemy zaplacic za goscine pada zdecydowana odpowiedz: gdzie jest przyjazn tam nie ma pieniédzy! Piekne ale chyba nie do konca prawdziwe...
Odstawieni do odpowiedniego busa(do Kalki) ze lzami w oczach zegnam sie z nowymi przyjaciólmi. Do zobaczenia znowu, gdzies kiedys na kolejnej uczcie serc.


Kalka-Shimla i "Gypsy part of train"

Kolejny lokalny autobus i kolejna jazda bez trzymanki(polecam usiásc na tyle gdzie podrzuca najwyzej). Odkád wyjechalismy z Hardiwaru wznosimy sie coraz wyzej. W drodze do Chand. mijalismy pierwsze miejsca zapierajace dech w piersiach. Jeziora otoczone majestatycznymi górami i droga caly czas pnáca sié w góré. Teraz jedziemy do Kalki, skád wezmiemy tzw Toy Train(pociág zabawka)-wysokogórska kolej wáskotorowa, jednak z czterech w Indiach zbudowana przez Korone Brytyjská(rékami indianów) w XIX w. W sumie od zobaczenia dokumentu o tej wyjatkowej koleji(BBC program pt"Great Railway Journeys" czy cos takiego) zaczelismy powaznie z Kotem myslec o dluzszym wypadzie do Indii i o to tu jestesmy z biletami w réku! Niestety kiedy okazuje sié, ze dwa wagoniki drugiej klasy sá juz pelne a rezerwacje na pierwszá klase niemozliwe do zabukowania. No nic taki kawal drogi przebyty, tyle nocy przespanych w zagrzybionych pokojach, nie mówiác o guzach nabitych na tylnych siedzeniach miejskich autobusów jakze teraz mozemy sie poddac? Nie ma takiej opcji! Upychamy sie do mini wagonika zatloczonego juz setká;p hinduskich rodzin usmiechajác sié zyczliwie do zdziwionych pasazerów. Pociág rusza i rozpedziwszy sie do zawrotnej predkosci ok.30km/g mijajác pierwsze urwiska i tunele. Pierwszy tunel i pierwszy szok: indianie krzyczái piszczá w nieboglosy jak tylko pociág wjezdza w tunel. Najglosniej mlodzi nieukrywajac przy tym dzikiej radosci. Trasa ma ponad 100 tuneli a my tylko dwoje uszu...zaczynamy drzec paszcze z tubylcami, ja gwizdze na palcach co wzbudza ogólne zainteresowanie. I dalej do przodu w góry, mijamy wiecej urwisk w dole, których widac wioski i miasteczka. Godzina podrózy i juz wszyscy znajá trzech haole, i namawiajá ich do spiewania boolywoodzkich hitów. Mlode dziewki drá na maksa struny glosowe. Starsze kobitki nie zostajác w tyle ani na moment. Ja dmucham w harmoszke, Kot zasuwa na ukulele a Alfie, Alfie dobrze wygláda. Szybko staje sié on ulubiencem mlodych dziewek, nakreconych jego kréconymi wlosami. W ciágu 6 godzin podrózy pociázek(maly pociág) zatrzymuje sié na 5 stacjach. Szybko robi sié troche wolnego miejsca aby pochodzic(przeskakujác ludzi) wzdluz wagonu rozprostowujác kosci. Kiedy to tylko mozliwe z Alfim siedzimy na schodkach przy otwartych drzwiach. Widok niesamowity! Pod stopami masz kilku setmetrowá przepasc, widzisz pod sobá góry i miasteczka zbudowane na ich sczytach. Im wyzej sié wznosimy tym mocniej chwytam sie zewnétrznych drázków, cialo sié napina pod wplywem pobudzonej wyobrazni. Maly krok dzieli mnie teraz od dlugiego lotu przez te doliny ledwie widoczne tam daleko, daleko w dole. I ciágle w góre, przez kolejne tunele i przelécze. Nie ma drugiej takiej trasy na tej planecie! Podziw dla inzynierów i wszystkich, którzy przyczynili sié do jej powstania(toy train znajduje sié oczywiscie na liscie swiatowych zabytków UNESCO).

Shimla-"malpi disnayland":
Dojezdzamy do stacji koncowej: Shimla! 2,300m npm, wydaje sié jakby to miasteczko bylo na dachu swiata. Slonce chyli sié ku zachodowi przypominajác soczyste mango w soku pomaranczowym. Razem z wysokosciá dosiéga nas zimnawy wiatr a w sandalach i spodenkach. Na stacji szybko namierzyl nas naganiacz wygládajácy jak mlody wódz apaczów. Spokojnym glosem zaproponowal nam odwiedzenie swojego hotelu Uphar(w jez. hindi "podarunek"). Ok, dlaczego nie? 25 minut spacerkiem w góre i jestesmy w centrum Shimli. Uderza nas tutaj czystosc i porzádek. Czuje sié jak w Alpach(tak tez jest nazywany ta czesc niskich Himalaji Himachal Pradesh- Indyjskie Alpy). Trafiamy do hotelu i od razu nam sié podoba! Europejski kibel, ciepla woda, tv, duze lózko i balkon z widokiem na okolice. W nocy te góry oswietlone swiatlem z knajp i domostw oraz lampami drogowymi przypomonalo skrzyzowanie Nowego Jorku z Rzymem. Super wysoko, szkoda tylko, ze balkon byl okratowany chroniác lokatorów przed setkami malp, które tu rzádzá. Cena za pokój tez ok tym bardziej, ze dzielimy na trzech.
Zostajemy w Shimli na dwie noce eksplorujác miasto i jego(jej) mieszkanców. Na pierwszy rzut oka rzuca sié spokój i zorganizowanie. Masa turystów wpada tu w okresie wrzesnia, pazdziernika aby cieszyc sie czystym powietrzem, rzeská wodá(pompowaná na góre przez pompy zainstalowane przez brytyjczyków ponad 150 lat temu!) no i widokami oczywiscie. Relaks, relaks, relaks. Ladujemy akumulatory pierwszego dnia, drugiego idziemy na okoliczná góré, gdzie znajduje sie stara swiatynia dedykowana Hanumanowi(bóg malpa). Spacer w góre zajmuje pól godziny pod ostrym kátem. Na szczycie rzádza malpy-lepiej miec kija, w réce niz np slodycze. Zeby wyrazniej zaznaczyc, ze tu rzádzá maply górole wybudowali gigantycznego Hanumana na wzgórzu. Wlasciwie go wykanczali-nadal stalo wokól niego rusztowanie. Zbliza sié zachód slonca wiéc ruszamy w dól. Alfie(pseudonim artystyczny "Moungly")decyduje sié znalezc nowá drogé powrotná i tak znajdujemy las zywcem wziety z trylogii Tolkiena. Cieple swiatlo zachodzácego "mango" kompletnie nas oczarowywuje. Chwile jak w basniowej opowiesci, ze nie chce sié ruszyc...
Po drodze w dól borykamy sie chaszczem i przepasciami. Wkoncu trafiamy na znany szlak, którym wyszlismy na góre. Powrót do miasteczka na ostatniá kolacje i bierzemy autokar "de lux" o 8.20pm do Manali(dojazd 6am). "delux" jest drozszy od lokalnego busa ale oferuje wygodniejszá jazde. Nie wiele wygodiejsza ale wy.. Ruszamy o czasie i nie mija 5 minut ludzie zaczynajá spawac przez okna! Jeden gostek nie wytrzymal i zygnál w srodku. Kierowca rozpedza sie coraz bardziej a drogi robiá sié coraz kretsze. Juz 3 osoby z glowami za oknem(nie wyjechalismy jeszcze z Shimly wiéc po obu stronach drogi chodza ludzie zastanawiajác sie czemu dzis deszcz tak smierdzi..). Bylem bardzo podekscytowany na poczatku, ze siedze przy oknie od strony urwisk, szybko jednak mialem ochote sie przesiásc zszokowany jak blikso jedziemy przy skarpie! W dole male swiatelka miast inspirowaly wyobraznie do adrenalinowych wizji. Co jakis kawalek sá male bloczki kamienne wskazujáce krawédz ale nie zawsze tam sá. Droga caly czas jest kréta, jest noc a kierowca zasuwa jakby go gonili. Widok zza okna przerazajácy ale jakos ciezko oderwac wzrok. W srodku autokaru leci boolywoodzki film w telewizorze z przed 20 lat, film konczy sié kiedy glówny bohater zabija zlego wpychajác mu w usta kominek od jadácego traktora, aa jeszcze tylko wszyscy tanczá booly dance i pojawiaja sié napisy). Nieco wytyrani podrózá klasy "delux" dojezdzamy do Manali ponad godzine przed czasem. Ze zméczenia zapomnialem pogratulowac kierowcy zero zderzen z rzeczywistosciá. Z bas stajszyn przejmuje nas nowo poznany naganiacz i idziemy spac o 5.30am w Manali!!! cdn...

środa, 20 października 2010

Rishikesh-Hardiwar-Chandigarh

Zapiski sprzed okolo tygodnia(obecnie jestesmy juz w przepieknym Manali)...



Opuscilismy Rishikesh kilka dni temu zrelaksowani, pelni energii i entuzjazmu. Szczerze mówiác pierwsze chwile w tym swietym miescie zrodzily w nas chéc zostania tu dluzej, uciekajác przed dosc mocnymi doswiadczeniami w New Delhi. Tutaj wsród zielonych wzgórz, latwo o duchowá sielanke i spokój umyslu, zwlaszcza kiedy placi sie funtami. Rishikesh znany jest jako stolica jogi od kiedy Beatlesi zajechali tu w 1968r do ashramu Maharishi Mahesh Yogi. Pobyli tu kilka dobrych miesiécy zanim zawiedzeni rosnácymi oczekiwaniami guru(kasa i sex) opuscili to piékne miejsce
nad Gangesem. Miasteczko ma dwa mosty dla pieszych, krów i jednosladów, których klaksony sá jedynym chalasliwym znakiem XXI wieku. Sporo tu zagranicznych przybyszów z róznych stron swiata przybywajácych tu uczyc sié jogi, medytacji, gry na indyjskich instrumentach, tradycyjnego spiewu lub poprostu wyciszenia w dziesiátkach okolicznych ashramach. Jak juz wczesniej wspomnialem latwo tu o rozleniwienie sié w lokalnych kafejkach kulinarnie przystosowanych do zachodnich potrzeb(oczywiscie indysjkie standardy sá dosc rózne od europejskich o czym przekonamy sié w tym kraju na kazdym kroku). W owych kafejkach spotkalismy mnóstwo fajnych ludzi. Jeden z nich Alfie to 18letni anglik, z którym przyszlo nam razem podrózowac. Trzeba zaznaczyc, ze pomimo masy turystów nadal gdziekolwiek sié pójdzie przewazajá hindusi. sporo z nich wpada sié tu zrelaksowac i odpoczác na chwile od miasta.
Sá tez gromadki pielgrzymów, odwiedzajácych setki swiátyn porozrzucanych po miescie a raczej duzej wiosce. Mozna tu równiez zabawic sie w spyw kajakiem solo lub pontonem w osmió w dól rzeki. My plynelismy pontonem co przypomina dosc dzikie rodeo w niektórych miejscach Gangi. Widzielismy kilka grup w wodzie po tym jak fala wywrócila ich pontony. Na szczescie przy tak slonecznej pogodzie kápiel w Gangesie to sama przyjemnosc(wskoczylismy do wody dobrowolnie). Po kilku cudownych dniach i poznaniu fajnej ekipy ludzi zaczelismy sié tu dosc mocno zadomawiac co jest wyraznym znakiem na ruszenie w dalszá droge...Jak to mówiá: "statki sá bezpieczne w porcie lecz to morze jest ich przeznaczeniem". Tak wiéc ruszamy bogatsi w dodatkowego towarzysza w strone Manali w stanie Himachal Pradesh. Latwo powiedziec, trudniej zrobic: na mapie to nie tak daleko a w realiach indyjskich to niemal jak na drugi koniec Europy! I tak busem ruszylismy spowrotem do Hardiwar.
Kierowca busa okazal sié nieodkrytym talentem formuly 1. Zasuwal na pelnym gazie autobusem przypominajácym swiátynie na kólkach. Obrazy przedstawiajáce hinduskie bóstwa tak bardzo ukochane przez tubylców. To samo widac w riksach, samochodach a nawet ciezarówkach przystrojonych girlandami i obrazkami Kryshny, Shivy itd.

W Hardiwarze znalezlismy najochydniejszy pokój z mozliwych na jedná noc. Tanio ale cuchnáco wilgotnie z obrzydliwá "lazienká". Wygláda na to, ze pewni Indyjczycy przywiozujá zero uwagi to czystosci. Nasz "apartament" byl masakrycznie zaniedbany z lazienká na bank nie sprzátaná w tym stuleciu. Za jedná noc zaplacilismy 120 rupi-40 rs na glowe. Punktem kulminacyjnym punktem pobytu w tym ashramo-hotelu byla pobudka o 5.30am grá na bebnach, brzeczalkach i dzwonach przed oltarzem, który znajodowal sie w glównym holu tuz za scianá naszej cuchnácej celi! Zeby bylo smieszniec w scianie byla wielka dziura do tego halasliweg holu. Gospodarze bezlitosnie walili w bebny i spiewali do 6.30am! Najpierw myslelismy, ze sie nam to sni i zaraz sie obudzimy, jednak nie bylo tak latwo. Abstrakcja na maksa haha! Na drugi dzien jedziemy lokalnym busem do Chandigarh, mialo byc 6 godzin a wyszlo 9:) no problem.

W autobusie jak i na zewnátrz zwracalismy na siebie duzo uwagi. Biali o ciekawych rysach i innych wlosach to prosty sposób na wysoká popularnosc tutaj. Mnóstwo ludzi podchodzi i pyta: hello, licz kantry? Hal old, lot profeszon? ken aj hew pikczer lit ju? itd, itp. Nawet motocyklisci na drodze wyciágali réce zeby nas usciskac. Maly
gang motocyklowy jechal za naszym busem do samego dworca zeby tylko zrobic sobie z nami zdjecia. W samym Chandigarh mielismy plana zostac tylko jedná noc, problem w tym, ze nie wiedzielismy gdzie najlepiej sie skierowac. Miasto wygládalo imponujáco nawet nocá. Piéknie zaprojektowane przez francuza Le Corbusier robi wrazenie. Jakkolwiek milo sié patrzy szybko zostajemy osaczeni przez rikszarzy oferujácymi nam drogie lokale. cdn...