piątek, 17 grudnia 2010

"W drodze na dach swiata".


10.12.10

Pierwsze dni naszej "ekspedycji" do Annapurna Base Camp. Nie idzie zgodnie z planem-Adam cierpi spazmy jelitowe i juz przy 2 000m zaczyna dokuczac mu wysokosc. Wyruszylismy 7go grudnia po obiedzie w Nayapul. Poczátek zapowiadal znakomite trekking-sloneczna pogoda z bezchmurnym niebem. Do pierwszej stacji doszlismy po zmroku-Kymi. Zobaczywszy z oddali swiatla ruszylismy w dól ku rzece aby tam przenocowac. Trasa do ABC(Annapurna Base Camp) to dosc intensywny spacer w dól i w góre bardziej niz systematyczne wznoszenie sié w góre, przynajmniej 2/3 treku. Wédrowiec na tej trasie musi wielokrotnie wyjsc np do 2000m aby na drugi dzien zejsc do podnóza góry z drugiej strony i dalej w góre nakolejne wzgórze. W pierwszy dzien przeslismy spory kawalek i optymistycznie zalozylismy, ze na drugi dzien przejdziemy tyle samo. Niestety dokuczliwe bóle brzucha, biegunka(niedoleczona w Indiach?) i oslabienie Adama spowodowaly znaczne opóznienie. Nasz hotelowy gospodarz w Pokharze zalozyl, ze zajmie nam ten trekkokolo tygodnia, tam i spowrotem. Na szczéscie zabukowalismy 11 dniowy permit($40), zaopatrzylismy sie w zapas zupek, snikersów i suszonych owoców uprzedzeni wczesniej o kosmicznych cenach "tam w górze". Przed wypadem kupilismy równiez cieplejsze ciuchy i mape, która miala nam zastápic przewonika(guide $10 na dobe).
Drugiego dnia doszlismy tylko do malej ale jakze uroczej wioski Jhinu. Tu zachwyceninwidokami i zniechéceni pogarszajacá sie kondycja Adama zatrzymalismy sie na noc w Namaste Hotel. Po 12 godzinach snu mój kompan poczul sie troche lepiej ale cala ta choroba rzucila cien na dalszá wédrówke wgláb Himalaji. Aby sie nieco podkurowac udalismy sié do zródel termalnych(hot springs) oddlalonych o 30min drogi w dól wáwozu, którym plynela rzeka Modi Khola. Tutejsze zródla termalne o niebo lepsze od tych w Manali! Po pierwsze: róznica temperatur. W wodzie i na zewnatrz o wiele bardziej wyrównane temp od tych w Himachal Pradesh(obejdzie sie tym razem od oparzenia w wodzie i odmrozenia po wyjsciu z niej). Woda przyjemnie ciepla, trzy baseny umieszczone wzdluz górskiej rzeki(lodowatej), której chlodnawa bryza odswiezyla nasze zmysly. Wókól basenów zamiast tlumu hindusów tylko góry porosniéte dosc tropikalná roslinnosciá. Dzwiek wody rozbijajácej sié o wielkie glazy lezáce w korycie rzeki slychac nawet w oddali. Trudno uwierzyc, ze jest polowa grudnia! W dzien maszerujác wystarcza t-shirt i spodenki za to w cieniu troche chlodnawo. Po zmroku lepiej jednak miec pod réká cieple korzuchy-na wysokosci ABC temp w nocy spada do -20'C. Po regeneracji w zródlach termalnych tuz przed zachodem slonca wdrapalismy sié na szczyt góry u podnoza, której byly hot springs. Po drodze do Chomrong zatrzymalismy sié na herbate u bardzo sympatycznej "pani nepalki". Jej 27letni syn na wózku inwalidzkim sprzedawal slodycze i owoce turystom, którzy tamtédy przechodzili. Duzo sié usmiechal choc zapewne jest to dosc bolesne byc w najwyzszych górach na ziemi i nie móc po nich chodzic. Bardzo wesola mama poczéstowala nas herbatá i opowiedziala kilka sympatycznych historii ze swego zycia. Czasami gdy helikopter leci w wysokie góry dostarczajác rózne rzeczy na swej drodze powrotnej zabiera lokalnych ludzi do bazy w Pokharze. Darmowy lot nad Himalajami to swietna przygoda-zapewniala nas nasza gospodyni. Spowrotem na góre trzeba zasuwac "z buta":) Zyczliwa Pani pokazala nam równiez ogródek pelen warzyw i konopii indyjskich. Plantacja ganji, z której góralka byla bardzo dumna sluzyla jej do "wyrobów medycznych" min. Himalayan Honey, który w malych ilosciach ma bardzo korzystne dzialanie na zdrowie, w wiekszych ilosciach wywoluje bad tripa i sraczke:). Pozegnalismy sie i ruszylismy dalej w góre do Chomrong, gdzie zatrzymalismy sie na noc. Nasz nowy Guest House nazywal sié "ExellentView" i rzeczywiscie-widok gór o zachodzie slonca byc fantastyczny. Na drugi dzien rano obudzilismy sie o wschodzie slonca. Tuz przy lózku bylo okno ze wspanialym widokiem na Annapurne South(7,219m) i Machapuchre(6,993m). Po sniadaniu sniadaniu kiedy juz wszyscy opuscili hotel, ja opalalem sie w sloncu czekajác na Adama, który znowu zmagal sie w toalecie...Po dluzszej chwili wrócil zapewniajác, ze czuje sié "fine" i powinnismy ruszyc dalej. Wyszlismy znowu znacznie opóznieni lecz RedBull i Snikersy dodaly nam sil. Doszlismy dalej niz zakladalismy- w Bamboo spotkalismy naszych sásiadów z ExellentView-byli zaskoczeni naszym tempem. W Buddha Lodge(Bamboo) poznalismy min Helge-67letnia Niemke, która oczekiwala tu na powrót méza z ABC. Ta starsza, bardzo sympatyczna pani zdradzila nam, ze odwiedza Nepal od 30lat. Od ok 10 lat wspólorganizuje akcje charytatywná, która wspiera tutejszá ludnosc. W Niemczech razem z mézem i innymi ludzmi zbieraja kase, za którá w Nepalu zakladajá szkoly górskie, kupujá maszyny do robienia ciuchów, sprowadzajá leki itp. Co kilka lat wpadajá tutaj aby sprawdzic jak ich pieniádze zostaly spozytkowane. Helga zdradzila równiez, ze w 1986r poznala tu w Nepalu Wande Rutkiewicz, która zrobila na niej ogromne wrazenie.
Wieczorem przy kolacji doláczylo do nas kilka osób i zaczely sie "opowiesci z krypty" czyli ile dzis osób zaslablo w drodze do ABC albo newsy, ze dzis w ABC 3 osoby zostaly ewakuowane helikopterem(droga przyjemnosc $7000), ze wczoraj jedna kobita tam zmarla itd. Dokladnie to co potrzebujesz uslyszec w drodze na ponad 4000m! Kiedy nasi towarzysze uslyszeli, ze idziemy tam bez spiworów, bez ubezpieczenia, bez przewodnika, nawet bez butów trrekingowych za to ze sraczká chwycili sie za glowy. Jeden z nepalskich tragarzy rzekl krótko: Pierdolniéci!(fucking crazy). Starszy pan z UK stwierdzil, ze jak przy przeczyszczeniu traci sie ok 2l wody dziennie to tam w górze na 4tys m nadrobienie zapasu wody bédzie wielkim wyzwaniem. Na tamtej wysokosci szybko traci sie plyny(min przez wydychane powietrze) i dziennie trzeba pic mininum 3l. Do tego dochodzi temp. -20'C. Dwa domki bez medycznego wsparcia a wokól skaly pokryte lodem. Krótko mówiác przejebane...Zalecono nam powrót do pokhary i udanie sie do lekarza. Ok, troche nas przestraszyli-my pierwszy raz na tak powaznym treku a oni z wieloletnim doswiadczeniem, niejedno widzieli na szlaku...
Na drugi dzien przy sniadaniu znowu powaznie rozwalazalismy powrót. Adam stwierdzil, ze dobrze sié czuje a biegunka zdecydowanie ustépuje a co za tym idzie ma wiecej sil i "trzyma plyny". Ciezko odpuscic kiedy cel tak blisko. Jak mówi nepalskie powiedzenie: "Lepiej zyc jeden dzien jak tygrys niz tysiac lat jak owca", z tymi slowami w sercu ruszylismy dalej...

cdn.

niedziela, 5 grudnia 2010

Spacer w chmurach.

Pozegnanie z Indiami.


Na skarge Marzenki, "ze malo piszé" wrzucam notke z Gorakhpur a Bodhgaye opisze innym razem. Wlasciwie to jestesmy juz w Nepalu-w boskiej Pokharze w Himalajach, która lezy nad jeziorem Phewa. Za dnia t-shirt i ksiázka w hamaku-czuje sié jak na Hawajach a po zmierzchu robi sie dosyc zimo i grzejemy sié przy kominku-klimat zakopianski. Poza tym, ze wszystko trzy razy drozsze niz do tej pory to wszystko uklada sie wysmiecie. Jutro ruszamy na okolo 8 dniowá wédrówke po Himalajach a konkretnie do Anapurna base camp na wysokosci ponad 4 000 m n.p.m:))

a oto obiecane notka:
Nad ranem klepiác mnie z parteru Adam wola: Dojazdzamy! Nasz nocny expres z dwugodzinnym opóznieniem dojechal wkoncu do stacji Gorakhpur Junction. Nie do konca rozbudzeni wyskakujemy calá trójká z pociágu na zatloczony peron. Szybko udajé sie na drugá stroné peronu aby splunác i mimowolnie zaczynam wymiotowac na tory pelne wszelakich smieci. Moi kompani patrzá na to co sie dzieje nieco zdziwieni, i ja patrze...Natychmiast czuje ulgé-to wczorajsza obfita kolacja siedziala mi calá noc na zoladku. Chwila wytchnienia i ruszamy dalej w poszukiwaniu miejsca na chwile spokoju co by zaplanowac ten dzionek. Pierwszy grudnia ostatnim dniem naszego pobytu w Indiach-przynajmniej tym razem. Przewodnik poleca hotel&restauracje z tarasem znajdujácy sié w poblizu stacji wiéc tam uderzamy. Dookola chalasliwy tlum, z plecakami przedziramy sié przez gruzowiska smieci-typowe miasto Indii. Szybko znalezlismy hotel Sunrise, który powinien nazywac sié raczej Deathrise zwazywszy na syf i nieporzádek w nim panujácy. Idziemy na samá góre gdzie znajduje sié taras widokowy. Po drodze widzimy kilka pokoji, do których drzwi pozostaly otwarte-apartamenty kojarzá mi sié z pokojami opszczonego szpitala psychiatrycznego. Na tarasie kilka plastikowych kompletów krzesel i stolów posrodku czegos co przypomina plac budowy. Sami gospodarze calkiem sympatyczni, oczywiscie na luzie. Na herbatke czekalismy 20 minut podziwiajác calkiem juz rozbudzone miasto. Jak na zwyczajne indyjskie miasteczko przystalo Gorakhpur nasuwa na mysl (mojej szalonej wyobrazni) miejsce po wybuchu bomby atomowej, po którym ci co przetrwali(miliony indian) próbujá jakos zyc. Mnóstwo straganów, kupki palácych sie smieci, betonowa ulica zatloczona ludzmi pédzácych w róznych kierunkach, niektórzy pláczá sié bez celu jak tak krowa zalatwiajáca sié na srodku jezdni, calemu temu zgielku rytm adaje kakofonia klaksonów z riksz, busów, samochodów, rowerów.
Na restauracyjny taras dolácza do nas amerykanin, który spédzil tu noc przygotowujác sié jak my na wjazd do Nepalu. Stwierdzil, ze inne hotele w okolicy nie oferujá lepszego standardu wiéc zostal w Sunrise. Ten poranny zgielk wg niego to male piwo w porównaniu z tym co zastal tu wczoraj wieczorem. Zeby wogóle zasnác musial gléboko wlozyc stopery do uszu. Jak sié dzis okazalo, zbyt gléboko, od rana bezskutecznie probujác je wyjác. Zyby w tym wszystkim bylo ciekawiej z glébi jednegoc korytarza dosiéga na wielka chmura dymu! "Cos sié pali?" - "Cos z kominem, no problem sir!". Imperium Czarnobyl kontratakuje! Cóz za cudowny ten ostatni poranek o wschodzie slonca w Indiach...

niedziela, 28 listopada 2010

Pozdrowienia z Bodhgayi!

piątek, 26 listopada 2010

Pushkar-Agra-Benares


Pushkar

Kilka dni w Pushkar minely nam na blogim leniwstwie, paleniu haszu z nowo poznanymi ludzmi i spacerów wsród morza wielbladów. Zaczal sie wlasnie doroczny Pushkar Fair 2010 i do miasta zjechalo sié okolo 50 tys wielbladów-swietna okazja aby kupic jednego takiego stwora, ewentulanie konia, których tu równiez sporo(plus kilka sloni). Wsród pustynnego kurzu ludziska glosno gaworzá i handlujá czym popadnie. Jak to w tych indyjskich sTrona duzo syfu dookola i balaganu. Samo miasteczko uluzone jest wokól swietego jeziora i otacza je sporo ladnej przestrzeni dlatego malo czasu spedzalismy w samym centrum czy na festiwalu wlóczác sie za to po okolicznych wzgórzach. Kilka malych gór upiéksza te tereny pustynne, a na ich szczytach zawsze jest mniejsza lub wieksza swiatynia. Jak na swiete miasto przystalo swiátynie sá wszedzie dookola. Od wielkich budowli po skromne "kapliczki" przy drzewach czy na skrzyzowaniach ulic i alejek. Calkiem pieknie gdyby nie ten syf i smrod dookola. Na kazdym kroku widac w tym kraju wielká religijnosc. Szkoda, ze brakuje praktycznosci i zgrania sié w wspólnym celu, które pomogly by przeobrazic to miejsce w raj na ziemi...
W polowie festiwalu(pushkar fair trwa od 14 do 21 listopada) zdecydowalismy sié ruszyc dalej, a konkretniej do Agry opuszczajác tym samym pustynny Radzastan. Pociágiem dojechalismy do Agry póznym wieczorem bo pociág mial kilka awaryjnych postojów. Podrózujác 2gá klasá mozna znowu przyjzec sié indianskim zwyczajom wsiadania i wysiadania kiedy pociág jedzie, bo kiedy pociág stoi to Indianin pije chai. Krajobrazy po drodze jak z filmu o dzikim zachodzie! Prerie i czerwone wzgórza umilaja srednio wygodná jazde wsród halasliwego tlumu. Na stacjach, na których pociág sie zatrzymywal szybko pod oknami zjawiali sie polewacze czaju, sprzedawcy ananasa i róznych innych przekásek,niektóre bardzo ostre i smakowite przegrychy. Wiekszosc tych sprzedawców to okolo 10 letnie mlodziaki, które targujá sié jak wykwintni handlarze. Nie da sié ukryc, ze tutejszy dzieciak w wieku 8 lat ma wiecej zyciowej zaradnosci niz europejscy czy amerykanski nastolatcy. Zabawnie sie tymi mlodymi rozmawia-mówiá swietnym angielskim nauczonym nie w szkole, do której nigdy nie majá szans isc ale z pracowania na stacjach i turystycznych miejscach. Jestem pewien, ze przecietny indyjski chlopak wrzucowny w dowolne miejsce na swiecie doskonale sobie poradzi bo przetrwanie w ojczyznie to bezlitosna zaprawa(dziewczyny tez zaradne ale jakby mniej widoczne).

Agra

Po zakwaterowaniu sié w Saii Palace(guest house prowadzony przez wielbiciela Sai Baby) szybko poznalismy wspólokatorów. Nowe miejsce i nowa ekipa. Dopiero pozegnalismy nowo poznanego francuza Victora, z którym spédzilismy wiekszosc czasu w Pushkarze a tu juz nowi sympatyczni ziomkowie czástujá skrétem i piwem. Na dachu naszeg hotelu jest restauracja i taras z widokiem na nieoswietlony Taj Mahal-nawet po ciemku promieniuje swym majestatem. Na miescie jak zwykle brud, chaos i decybele. Razem z nowá ekipá: Erene(francuzka), Vivekananda(indianski swami), Kevinem(francuz) i z Adamem ruszamy odwiedzic slynná budowle, która sprawilaby wieksze wrazenie gdyby nie tysiáce turystów wokól(glównie indianie). Za wjazd placi sié 750rupi(obcokrajowcy) i 20rupi(tubylcy), jak sie pózniej dowiedzielismy w jednej knajpie, 10 lat temu placilo sié 10rupi od glowy, niezaleznie od rasy, koloru skóry itd. Droga przyjemnosc jak na Indie ale warto bylo. Wiekszosc kafejek w okolicy TajGanj, gdzie byl nasz Saii Palace mialo tarasy na dachach i czésto widzielismy zabawne zdjecia widoku z takiej restairacji. Okrutnie wyzoomowany Taj Mahal zdawal sié byc na wyciágniecie réki klientów jedzách thali- kolejny kicz, którego wlasciciel nie wstydzi sie uzyc zeby tylko dorwac turyste. "Oni naprawde majá nas za idiotów", tlumaczyl amerykanin, który mieszka w Indiach od 12 lat,swamim kasmirskiego sziwaizmu."Po pierwsze-jak to nie mozna nie rozumiec hindi? Po drugie jak mozna placic tyle kasy za nasze uslugi?". Wiékszosc turystów wpada tu z dolarami czy funtami i placi np za riksze 300rupi chociaz droga warta byla tylko 30rupi! Turysta przelicza 300 rupi na swoje i macha réká bo to i tak grosze dla niego. Stád podejscie tubylców do nas takie jakie jest. Widza w nas chodzácych milionerów, którzy dadzá sie wkrécic w dowolny bajer jak dzieci. Wielu z nas nie umie sié targowac a to podstawa jakiegokolwiek biznesu tutaj. "Only 1 000 rupi sir!" krzyczy mi w twarz sprzedawczyk machajác naszyjnikami z kolorowych kamieni. Przygládam sie naszyjnikowi i widzé, ze prawdziwe agaty, ametysty itp ale, ze tysiác rupi?(w london 3tys rupi ale nie tutaj!). Mówie mu: "70rupi max sir!", na co on sié smieje mówiác "imposible!!!", biore do réki naszyjnik i zaczynam zmyslac wybrzydzajác jakosciá kamieni. Po 5 minutach mówié mu: "75rupi maj best prajs", a on co chwile schodzi o setke w dól. W koncu smieje sié na jego "75rupi imposible sir" i odchodzé, nagle wydarza sie cud! Gosc biegnie za mná i krzyczy "OK!" Z 400 rupi, na które zszedl nie widac bylo nadzieji na poprawe i nagle cos niezwyklego-75rs ok! No cóz, nie planowalem kupna chcác tylko zobaczyc co powie ale skoro slowo sie rzeklo to trza dobic targu. Naszyjnik ladny i w Londku za taki na bank okolo 20funtów, wiéc ktos sié ucieszy z prezentu a doswiadczenie z handlu...bezcenne!
Jeszcze jedno chcialem napisac o Agrze, a mianowicie póznym popoludniem rikszarz zabierze Cié na tyly Taj Mahal, skád mozna podziwiac ten "cud swiata" w kolorach zachodzacego slonca nad rzeká Yamuna. Owszem niezapomniane przezycie! Jest Taj, przed nim rzeka a przed rzeká ogrodzenie z drutu kolczastego i tona smieci! Ten romantyczny widok umili sciezka dzwiékowa z folkowá muzyká graná przez lokalne dzieci pt "one rupi sir, give me one rupi sir!!". Oczywiscie ten magiczny zakátek jest odwiedzany przez mase turystów i cala groteska tej sytuacji w pigulce jak dla mnie obrazowywuje Indie...

Benares

Kolejnym miejscem na naszej liscie jest Waranasi lub Benares-jak kto woli. 14 godzin na sypialnianej pólce w wielkim pociágu gnajácym z Jodhpur do Waranasi. Bylo nawet dosc czysto i wygodnie, duzo wygodniej niz na autobusowej "pólce" ale za to o wiele glosniej bo tubylce nie rozwineli jeszcze zdolnosci rozmawiania umiarkowanie cicho. Najlepszym miejscem do spania wydaje sié lezanka na samej górze czyli trzecia. Najnizsza to miejsce przesiadywan podróznych i co za tym idzie srodkowa tez, bo musi byc zlozona aby ci z pierwszej mogli siedziec wyprostowani. Na samej górze nikt nie przeszkadza, i chalas jakby troche mniejszy. W poludnie dojechalismy do celu. Benares to jedno z najstarszych miast na swiecie, co widac po chaotycznej architekturze, wáskich, syfiastych alejkach i wielkich krzywych drogach pelnych Chaosu. Miasto ma okolo 3 miliony mieszkanców i jest jednym ze swietszych miast Indii, znane przedewszystkim z ghatt nad Gangesem wokól których toczy sié zycie religijne. Rankiem mozemy tu zobaczyc joginów, wieczorem odprawiane sá dosc spektakularne rytualy i puja. Na pierwszy rzut okiem ghatty nie zrobily na mnie tak wielkiego wrazenia(znowu ten syf i naganiacze) ale kiedy wieczorem zatrzymalismy sié przy rytualnym paleniu zwlok-to bylo cos..Kilka stosów, na których lezá martwe ciala, wokól nich chodzi czlek ubrany w biale szaty i odprawia ostatnie modlitwy. Podchodzi rodzina zmarlego i robiá sobie z nieboszczykiem ostatniá fotke. Nastepnie trzech nastolatków w jeansach i amerykanskich t-shirtach podpala stos-bédá oni dogládac ognia przez nastépne 3 godziny bo tyle mniej wiecej zajmuje spalenie jednego czleka(made in India, amerykanin czy europejczyk zapewne palilby sié dluzej "pachnác przy tym nieco inaczej...). Dla nas, którzy wychowalismy sié w innej kulturze jest to dosc szokujácy widok. Na stosie obok widac wystajácá nogé ociekajácá tluszczem i kosci a dym okadza wszystkich wokól niosác zapach palonego miesa. Ok, wystarczy na dzis tego dance macabre. Wracamy do hotelu w milczeniu idác wzdluz Gangesu nadal czujác na sobie zapach smierci, smród naszej ziemskiej tymczasowosci, o której zbyt zadko przypomina nam zachodnia tradycja. Tutaj w Indiach smierc nie jest tematem tabu. Czuc já na kazdym rogu ulicy i nie jest ona upiékszana, czy chowana pod dywan zwany hospicjum. Pewnie dlatego kiedy nam turystom zbiera sié na wymioty podczas tutejszego "pogrzebu", hindusi ze spokojem przygládajá na wpólspalonym cialom, przewracanych przez zartujácych do siebie pod nosem nastolatków.
Jedná z hippi tradycji w miescie Sziwy jest zapalenie skréta z sadhu na ghatach kremacyjnych i wpatrujác sié w ogien dac sié poniesc glebokiej medytacji. Na drugi dzien jakos latwiej jest przyjác ten caly spektakl transformacji, trzeciego dnia jeszcze latwiej...
Od kumpla, który wlóczy sié po swiecie(Piotr aktualnie jest w Iranie) dostalem namiary na Polaka zyjácego w Waranasi od 20 lat. Leon, bo tak ma na imié nasz rodak ma 24 lata i spédzil tu wiekszosc swego zycia co dosc latwo zauwazyc po jego wyluzowanym sposobie bycia. Plynnie mówiác w hindi, denerwuje wielu hindusów biorácych go za turyste. Znajác jézyk i lokalne obyczaje jest poza zasiégiem naciágaczy, i zródlem wielu ciekwych refleksji nad zyciem tutaj. Jak mówi, w Benares nie ma specjalnie atrakcji turystycznych do zobaczenia. Chodzi tu raczej o zatrzymanie sié i wczucie w klimat. Pomagajá w tym spacery wzdluz ghat czy jaranie ziola nad rzeká. Benares daje równiez wglád w atmosfere chaotycznego i prawdziwie indyjskiego Uttar Pradesh.

Sarnath

Kilkanascie kilometrów od centrum Benares znajduje sié jedno z czterech swiétych miejsc dla buddyzmu: Sarnath-park jeleni gdzie Buddha wyglosil pierwsze kazanie, wprawiajác tymsamym w ruch kolo dharmy. Miejsce, w którym podzielil sié swoim wgládem w nature cierpienia jest zaznaczone wielká stupá. Obok znalezc mozna równiez ruiny swiátyn i klasztorów,które tutaj kiedys staly, glównie za sprawá nawróconego na buddyzm króla Assoki. Kilka grup buddyzmu ze szkól koreanskiego zen, sri lanki i tajlandii odprawialo wokól stupy swoje rytualy oddajác tym samym czesc nauczycielowi, który zapoczátkowal nauki diamentowej drogi. Wokól panowal spokój, min za sprawá zielonej przestrzeni i piéknych drzew-super odmiana po betonowej dzungli! Zapomnialem chyba wspomniec, ze od kilku dni podrózujemy z Kevinem przygarnietym w Agrze. Mlody archeolog, który wlasnie skonczyl studia w UK i niedawno wrócil w swe rodzinne francuskie strony ale tylko na krótká chwile by ruszyc na miesiác w Azje. W miédzyczasie Kot Adam zmagal sié z dziwná sraczká, której towarzyszylo znaczne oslabienie. Co prawda sraczka méczyla nas wszystkich ale Kota polubiala jakos szczególniej. Siedzimy wlasnie przy sniadaniu, wieczorem mamy pociág do Gayji skád ruszamy do Bodhgayi-najswietszego miejsca buddyzmu. Ostatnie godziny w Benares, ostatni skrét na ghatach i ostatnie "ognisko" na rzeká...

piątek, 19 listopada 2010

„Niech cały świat myśli, że jesteś szalony czyli do Indii za 30 dolarów”


Edward ‘Edi” Pyrek „Niech cały świat myśli, że jesteś szalony czyli do Indii za 30 dolarów”

Wydawnictwo Pusty Obłok, Warszawa 1992, 280 s., 11,3/16,3 cm, wydana w miękkiej okładce.


Znalazlem mocno zniszczoná , malá zóltá ksiázke w naszym guest housie w Agrze. Ksiázka po polsku i w dodatku taka perelka...Ktokolwiek já tu zostawil-bóg zaplac! Co prawda dosc nieaktualna jesli idzie o czésc poradnikowá ale wartosc sentymentalna-bezcenna. Jesli ktos chce já dorwac to trza jechac do Indii(za 30 baksów ofkors!), konkretnie do Agry i tam na Taj Ganj pytac o "Sai Palace"-Saibabowski tani hotelik z widokiem na Taj Mahal. Jesli tam trafisz to pliss daj znac ;)

Edi Pyrek to postać znana w warszawskim świeci podróżników, pedagog, popularyzator podróży z plecakiem po świecie i tzw. turystyki kwalifikowanej. Przewodnik, który wam dziś polecam, powstał na bazie wielu podróży Pyrka, opisuje abc podróżowania, zasady trekkingu w Azji i następujące kraje: Indie, Iran, Pakistan. Przewodnik zawiera wiele map i praktycznych informacji, które niestety się już zdezaktualizowały. Braki w aktualności rekompensuje czytelnikowi opis przygód w odwiedzanych miejscach oraz ładnie opisane wrażenia z podróży. Nasz autor jest zwolennikiem tzw. północnej drogi do Indii via Moskwa.

Edi Pyrek to człowiek nietuzinkowy, by to pokazać wystarczy tylko napomknąć, że będąc w Pakistanie zapisał się on do obozu treningowego mudżahedinów czyli inaczej mówiąc wojowników prowadzących partyzancką wojnę z Rosjanami w Afganistanie – jak wiemy, to ugrupowanie o pakistańskim rodowodzie przerodziło się później w afgańskich Talibów. Niektórzy mogliby z przekąsem zauważyć, że to kolejna polska, po Radku Sikorskim, postać zaangażowana w wojnę o niepodległość Afganistanu. Nie będę rozpisywała się na temat przeżyć Ediego Pyrka wśród mudżahedinów, aby nie być posądzonym o propagowanie terroryzmu – od czego jestem zawsze daleko. Zachęcam jednak do podróżowanie w nieznane i dalekie kraje, nawet jeśli na pozór wydają się one nieprzyjazne. Zresztą i sam Pyrek ma sporo dystansu wobec tego epizodu, co każe mi przypuszczać, że i on nie byłby zadowolony, gdy ktoś go posądził o popularyzację tego ruchy.

W książce, jest też zawarta jedna cenna wskazówka, dla każdego szalonego podróżnika, mianowicie trzeba mieć mamę, która wszystko rozumie – nawet jeśli znajomi wciąż się pukają w czoło, to z taką mamą możemy robić swoje. Zatem podróżnicy, kochajmy nasze mamy.

PS. Interesującym byłoby poznanie stanowiska, jakie ma Edi Pyrek na posiadanie żony.


ze strony: http://bibliofilpostmortem.wordpress.com/2008/01/25/edi-pyrek-do-indii-za-30-dolarow/

poniedziałek, 15 listopada 2010

travelblog in inglisz...



Adres do bloga z naszej podrózy po angielsku, prowadzony przez rishikota: http://pharkie.travellerspoint.com/